Po odwiedzinach w tętniącej życiem Barcelonie oraz nieco wyludnionej Walencji przyszedł czas na Malagę. Dostanie się do tego miasta nie było jednak tak łatwe, jak mogłoby się wydawać…

Wszystko zaczęło się jeszcze w przeddzień naszej planowanej podróży, czyli 5 sierpnia. Wybraliśmy się na dworzec w Walencji, aby zgodnie z planem kupić bilety na pociąg. Wówczas spotkała nas niespodzianka nr 1: bilety do Malagi na czwartek i kolejne dni zostały wyprzedane. Zaraz za tym nastąpiła niespodzianka nr 2: jedyne możliwe połączenie to podróż z przesiadką w Madrycie, czyli kilkaset euro w plecy.

W tamtej chwili poczuliśmy, że wbrew pozorom polskie koleje nie są takie złe… bo przecież nawet po wyprzedaniu miejscówek moglibyśmy nadal liczyć na miejsca stojące lub chociaż ledwo stojące, jakiekolwiek zresztą…

Niedowierzając całej tej sytuacji, zdecydowaliśmy się na sprawdzenie rozkładu dalekobieżnych autobusów. I tak… udało nam się załapać na jedne z ostatnich miejsc. Tutaj możnaby też postawić kropkę, gdyby nie fakt, że nasza podróż miała trwać 12 godzin. 12 godzin siedzenia, 12 godzin nudy, 12 godzin za pan brat z klimatyzacją, od której już i tak zdążyłam się przeziębić (klimatyzacja jest w Hiszpanii dosłownie wszędzie…). Liczba 12 zdawała się być wyrokiem, na który zostaliśmy skazani. Wyrok ten odsiedzieliśmy jednak łatwiej i przyjemniej, niż początkowo zakładaliśmy. Ba! Autobus okazał się świetnym miejscem do poczucia hiszpańskiej kultury na własnej skórze.

Numerowane miejsca? Ee tam…

Jak przystało na porządnych turystów, miejsca w autobusie zajęliśmy dokładnie takie, jakie były wskazane na bilecie (i całe szczęście!). Szybko okazało się jednak, że jesteśmy jednymi z niewielu, którzy kierują się tą prostą zależnością. Tymczasem przystanków w naszej podróży było sporo, więc już mniej więcej po dwóch godzinach zaczęło dochodzić do pierwszych nieporozumień między pasażerami.

Nowowsiadający, chcąc zająć wyznaczone na biletach miejsca, napotykali opór tych, którzy już je zajmowali. Tłumaczenie było jedno – Na moim miejscu też siedzi ktoś inny. Z kolei “ktoś inny” zapytany, dlaczego zajmuje miejsce poprzedniego, tłumaczył się tym samym, co tamten. Sajgon!

Autobus ruszył a połowa pasażerów nadal stała w wąskim przejściu, próbując dostać się do swoich miejsc. Napięcie rosło. W powietrzu unosiło się widmo prawdziwie hiszpańskiej awantury. Zamieszki ukróca wreszcie kierowca, który ogłasza przez mikrofon: Proszę usiąść gdziekolwiek! Na najbliższym przystanku wszyscy pasażerowie mają obowiązek wysiąść i na nowo zająć swoje miejsca zgodnie z numerami na biletach! Pożar ugaszony.

Pueblo, sobrino i madre mía!

Zmiana miejsc poskutkowała tym, że obok nas przysiadła się młoda, pełna wigoru i temperamentu, gadatliwa Hiszpanka. Wypowiadała słowa z prędkością światła i rozmawiała ze wszystkimi wokół… No może oprócz nas, bo mimo szczerych chęci w tym potoku słów właściwie niewiele byliśmy w stanie zrozumieć.

Wśród całej tej kilkugodzinnej plątaniny opowieści udało nam się jednak wyróżnić trzy słowa klucze. Pierwszym z nich było pueblo. Co jak co, ale jedno było jasne: dziewczyna wraz ze swoją matką zmierzały do niewielkiego pueblo w górzystej Andaluzji. Przystanek za przystankiem wraz z pozostałymi pasażerami poznawaliśmy więc historię tej małej miejscowości i wszystkich wspomnień, które się z nią wiązały. Uroczo.

Drugie słowo klucz to sobrino (siostrzeniec). Pojawiło się ono przy okazji opowiadania o rodzinie. Z nim też związany był trzeci zwrot – madre mía! Każda opowieść o siostrzeńcu kończyła się bowiem właśnie tymi słowami, wypowiadanymi to raz z euforią, to z westchnieniem. Przypominało to nieco okrzyki kucharza z wiekowej już bajki Porwanie Baltazara Gąbki. Dla tych, co nie kojarzą, mała wideo-pomoc poniżej:

Gdy nareszcie dotarliśmy do wspomnianego pueblo, dziewczyna rzuciła na pożegnanie Hasta luego! Qué tengáis un buen viaje! (Do zobaczenia! Udanej podróży!), na co pół autobusu odpowiedziało Gracias! – a ja chyba po raz pierwszy w życiu poczułam tak wielką ulgę, mogąc chwilę posłuchać własnych myśli.

Droga do Malagi

Podczas naszej dwunastogodzinnej podróży zaliczyliśmy kilkadziesiąt przystanków w rozmaitych miastach i miasteczkach. Mimo że było to momentami męczące, za każdym razem mieliśmy okazję odczuwać na własnej skórze różnice w zmieniającym się klimacie. Jadąc wzdłuż linii morza, wilgotność powietrza była zdecydowanie większa, niż wtedy gdy byliśmy w głębi lądu. Najbardziej dotkliwy upał zastaliśmy w Grenadzie, gdzie temperatura sięgała blisko 40°C, a powietrze było tak suche, że klimatyzowany dworzec wydawał się być istną oazą podczas półgodzinnego postoju.

Wraz ze zmianą każdego kolejnego miasta, zmieniał się też akcent. Od dosyć wyrazistego i czystego języka hiszpańskiego, który dominował w Walencji przechodziliśmy do coraz mniej zrozumiałych jego odmian. W samej Maladze szybko przyzwyczailiśmy się do tego, że litera “s” na końcu większości wyrazów jest pomijana. Zmieniła się także szybkość mówienia, która nabrała tam takiego rozmachu, że kilka razy musieliśmy prosić o powtórzenie pewnych zdań w wolniejszym tempie. Andaluzyjczycy chętnie używają regionalnej odmiany języka hiszpańskiego, która jest na tyle niezrozumiała, że każda ich próba pójścia w tym kierunku kończyła się naszymi szeroko rozwartymi oczami i komentarzem “yyy…”. Było to jednak na tyle wymowne, że nasi rozmówcy szybko wracali na ziemię i zaczynali mówić normalnie, czyli po kastylijsku.

A na koniec… ciekawostki

Mimo, że między polskimi a hiszpańskimi autokarami nie ma przesadnie dużych różnic, kilka rzeczy rzuciło nam się w oczy. Oczywiście ciężko generalizować, że we wszystkich liniach autokarowych wygląda to tak samo, dlatego swoje obserwacje opieramy tylko na autobusie linii ALSA, którym podróżowaliśmy.

Pierwsza kwestia, która zauważyliśmy przy wsiadaniu do autokaru to brak pomocy kierowcy przy załadowaniu bagażu. Bez względu na to, czy masz mały plecak, czy kilka dużych toreb – musisz liczyć na własne siły. Rola kierowcy w tym przypadku ogranicza się wyłącznie do wskazania luku, w którym należy umieścić bagaż.

Pozytywnym zaskoczeniem był natomiast ekran z mapą, który znajdował się wewnątrz autokaru. Podczas jazdy mogliśmy śledzić trasę i kontrolować to, w jakim mieście będzie kolejny przystanek.

Ostatni element, który wzbudził nasze zainteresowanie to wejście słuchawkowe znajdujące się przy siedzeniach. Początkowo nie bardzo wiedzieliśmy, do czego ono służy. Szybko odkryliśmy jednak, że jest to po prostu radio. Pomysł nietypowy, aczkolwiek lepiej sprawdziłoby się działające wi-fi, z którego mimo kilku prób nikt nie był w stanie korzystać.

Całą podróż z grubsza oceniam pozytywnie. Na przyszłość pozostała jednak nauczka – bilety na pociąg, autobus, czy cokolwiek innego zawsze lepiej kupować z wyprzedzeniem :).

Jessica Alvaro

Jessica Alvaro

Zafascynowana językiem hiszpańskim i kulturą iberoamerykańską. Poszukuje kreatywnych sposobów nauki języków obcych, często tworząc przy tym własne. Między innymi właśnie to popchnęło ją do stworzenia serwisu Hispánico.
Jessica Alvaro
PODZIEL SIĘ

Dodaj pierwszy komentarz

avatar
wpDiscuz