Planując wyjazd do Walencji postanowiliśmy poszukać informacji w Internecie oraz zapytać znajomych o to, co jest warte uwagi w tym mieście. I tak praktycznie każdy wymieniał Miasto Sztuki i Nauki czyli Ciudad de las Artes y las Ciencias. Cóż… nie mogło być inaczej – postanowiliśmy sami sprawdzić, co tak naprawdę kryje się w tym miejscu i dlaczego urzeka ono wszystkich wokół.

350 000 m2 i tylko jeden dzień

Kompleks został zaprojektowany przez jednego z najbardziej znanych hiszpańskich architektów, Santiago Calatrava. Całość mieści się na obszarze 350 000 m² i obejmuje:

  • el Oceanogràfic, czyli największe w Europie oceanarium,
  • el Hemisfèric – planetarium oraz kino,
  • el Museo de las Ciencias Príncipe Felipe – Muzeum Nauki,
  • el Palau de les Arts Reina Sofía – Pałac Sztuki, miejsce w którym odbywają się rozmaite spektakle,
  • el Umbracle, czyli ogromny parking dla samochodów i autobusów.

Już same te dane robią wrażenie i rozbudzają wyobraźnię… Nasze oczekiwania były tym większe, że praktycznie każda recenzja tego miejsca, jaką znajdowaliśmy w Internecie raz po raz wymieniała kolejne zalety Ciudad de las Artes y las Ciencias.

Wiedząc o tym wszystkim, zdecydowaliśmy się przeznaczyć na tę atrakcję cały dzień. Nasze zwiedzanie rozpoczęliśmy od wystawy Pixar. 25 años de animación (Pixar. 25 lat animacji). Mieliśmy okazję zobaczyć oryginalne szkice ilustracji wykorzystanych w animacjach takich bajek, jak: Iniemamocni, Ratatuj, Potwory i Spółka, czy Auta. Poza szkicami na wystawie znajdowały się również modele postaci z poszczególnych bajek, wywiady z twórcami, filmy pokazujące poszczególne etapy tworzenia filmów oraz miniaturowe sale kinowe przedstawiające różne efekty wykorzystywane w postprodukcji.

Niestety na wystawie obowiązywał całkowity zakaz robienia zdjęć (nawet bez lampy błyskowej) i kręcenia filmów, dlatego nie byliśmy w stanie uwiecznić wszystkiego, co zobaczyliśmy. Z pewnością jest to nie lada gratka dla osób interesujących się rysunkiem i animacją. Całość cieszyła się oczywiście sporym powodzeniem także u dzieci, które mogły na żywo zobaczyć bohaterów swoich ulubionych bajek.

Walka z czasem

Nie do końca wiedzieliśmy, gdzie mamy udać się po wyjściu z wystawy Pixar ponieważ teren jest bardzo duży i trochę ciężko zrozumieć jego oznakowanie. Poza tym z racji tego, że kupiliśmy bilety na wszystkie możliwe atrakcje, z tyłu głowy mieliśmy wciąż fakt, że o godzinie 15:00 musimy udać się do el Hemisfèric, gdzie czekać będzie na nas seans kinowy. Zdecydowaliśmy w związku z tym, że zobaczymy choć jedno piętro w Mieście Nauki, następnie udamy się do kina, a po nim pomyślimy, co dalej…

To co zastaliśmy na pierwszym piętrze niestety mocno nas rozczarowało. Wiele eksponatów (żeby nie powiedzieć, że co najmniej połowa z nich) opatrzonych było plakietką “ouf of order”. Z kolei te które działały były na tyle oblężone przez zwiedzających, że każdorazowo musieliśmy czekać po kilka minut, aby móc im się w ogóle przyjrzeć. Same urządzenia też zresztą nie były szczególnie interesujące… większość z nich można poznać na lekcjach fizyki, chemii czy biologii. Nawet w przypadku najmłodszych oglądających przyciągające lub odpychające się magnesy, waga wodna czy urządzenia do pomiaru wysokości skoku i uścisku dłoni, nie robiły żadnego wrażenia. Gdzie podziały się roboty? Drony? Najnowsze wynalazki techniki? Przecież to właśnie takiego poziomu wynalazki spodziewaliśmy się tutaj zobaczyć!

Czas płynął nieubłaganie i mimo że nie zwiedziliśmy jeszcze w całości I piętra, musieliśmy już pędzić na nasz seans kinowy.

El Hemisfèric – kino jak ze snu

Nie jest tajemnicą, że Hiszpanie wolą mówić po hiszpańsku, niż po angielsku. Gdy jednak znają nieco ten drugi, próbują rozmawiać z obcokrajowcami w tym języku… W efekcie takiego zabiegu powstaje spanglish, czyli hiszpańsko-angielska mieszanka, z której momentami ciężko jest cokolwiek zrozumieć. Tak też było przy kasie, podczas kupowania naszego biletu do el Hemisfèric… Jeśli oglądaliście film Vicky, Cristina, Barcelona, to pewnie pamiętacie też genialną rolę Penélope Cruz i jej spanglish:

W przypadku Penélope język angielski jest jednak jeszcze całkiem zrozumiały. Obsługująca nas przy kasie pani dużo gorzej sobie z nim radziła. Ostatecznie więc daliśmy się namówić na film dotyczący kosmosu, który zakładaliśmy, że jest w 3D. Jak się później okazało – spośród wszystkich sześciu filmów z repertuaru, tylko dwie bajki są wyświetlane w trójwymiarze… Ale to nic. Nadal była nadzieja na to, że będzie interesująco.

Przy wejściu na salę, każdy otrzymał przypominające kask słuchawki, które mógł skonfigurować tak, aby słyszeć głos lektora w wybranej wersji językowej. Mimo że większość osób było na czas, zdarzyło się też kilkadziesiąt zbłąkanych owieczek, które spóźniły się. I mogłoby nam być wszystko jedno, gdyby nie fakt, że przez takie osoby cały seans opóźnił się o prawie pół godziny. Ale nieważne – nadal mieliśmy pozytywne nastawienie i dobry nastrój, bo sala kinowa od strony architektonicznej robiła wrażenie! Półokrągła ściana przechodząca w dach, na której zaraz miał zacząć się spektakl jak ze snu, naprawdę pobudzała wyobraźnię…

Zgasły światła. Ustały ostatnie szepty. Zaczyna się… z całej sali wydobywają się dźwięki spokojnej, klasycznej muzyki, a nad naszymi głowami krążą gwiazdy, planety i inne ciała niebieskie. Wszystko bardzo powoli i nostalgicznie… błogi stan od czasu do czasu jest przerywany głosem lektora, który opowiada historię naukowca i kompozytora w jednym oraz to, jak rozpoczął swoją pracę w pewnym amerykańskim planetarium. Mijają kolejne minuty i po kwadransie łapiemy się na tym, że… usypiamy. Nie celowo, nie oscentacyjnie, tylko ot tak – po prostu nie potrafimy powstrzymać opadających na oczy powiek! Początkowo staraliśmy się walczyć z tym… nie po to przyszliśmy przecież do rozsławionego el Hemisfèric, aby spać! Niestety wszelkie nasze wysiłki były na próżno… pocieszeniem był fakt, że nie byliśmy jedynymi na sali, dla których drzemka w tej – co by nie było pięknej sali kinowej była jedyną rozrywką tego popołudnia.

El Oceanogràfic, czyli podwodny świat na wyciągnięcie dłoni

Po seansie zdecydowaliśmy, że pójdziemy do oceanarium. Ta atrakcja, jak się później okazało rzeczywiście dostarczyła nam wielu wrażeń. Tysiące gatunków rozmaitych zwierząt wodnych rozmieszczonych w pomieszczeniach, których klimat miał przypominać naturalny ekosystem danego regionu. Ryby, delfiny, foki, morsy, pingwiny, legwany, żółwie, ptaki tropikalne… tak, to było coś! Co więcej sporo zwierząt było zachwyconych obecnością ludzi (a przynajmniej na takie wyglądały) i nawet bez dużej zachęty wykonywały rozmaite akrobacje i sztuczki.

Ogromne wrażenie zrobił na nas korytarz, w formie akwarium. Nad naszymi głowami pływały ryby (wśród nich także piranie), które momentami zdawały się bardziej latać, aniżeli pływać… Było to dość specyficzne, ale ciekawe złudzenie optyczne.

Udało nam się trafić także na pokaz w delifinarium. Trwał kilkadziesiąt minut, a niektóre sztuczki wywoływały głośne WOW wśród publiczności. Całość była szczególnie atrakcyjna dla dzieci. Mogły one bowiem wziąć udział w konkursach, zabawach, a także pogłaskać swoich wodnych ulubieńców.

Po pokazie w delfinarium trafiliśmy do sali, która przypominała teatr. Była widownia. Była scena. Ale nie było aktorów… chyba, że aktorami można nazwać ryby pływające w umieszczonym na scenie akwarium. Sporo osób zaczęło jednak zajmować miejsca, więc i my postanowiliśmy poczekać, choć nie do końca wiedzieliśmy na co. Po kilkunastu minutach okazało się, że na scenie i w akwarium nic się nie wydarzy. Na bocznych ekranach został natomiast wyświetlony kilkunastominutowy film promocyjny na temat oceanarium. Zamysł być może nie był zły, aczkolwiek całość była wyłącznie w języku hiszpańskim, więc dla wielu turystów nie znających języka była to kiepska rozrywka.

Muzeum Nauki – drugie podejście

ciudad-de-las-artes-y-ciencias-bote
Jeden z eksponatów w Ciudad de Las Artes y las Ciencias

Po wyjściu z oceanarium okazało się, że jest już późno. Szybkim marszem udaliśmy się więc ponownie do Muzeum Nauki, aby dokończyć oglądanie pozostałych dwóch pięter. Na jednym z nich czekał na nas Teatr elektryczności (Teatro de la Electricidad). Tutaj naprawdę spodziewaliśmy się fajerwerów, a niestety skończyło się na typowej lekcji fizyki ze szkoły podstawowej. Dużo teorii, niewiele eksperymentów, a całość wyłącznie w języku hiszpańskim, co momentami utrudniało zrozumienie tego, co właśnie się dzieje.

Teatr elektryczności zajął nam cenne pół godziny zwiedzania i niestety nie udało nam się zobaczyć wszystkiego. Równo o godzinie 21:00 zostaliśmy poinformowani przez obsługę, że obiekt jest zamykany i musimy udać się do wyjścia. Tak czy inaczej z tego co udało nam się zobaczyć na pozostałych piętrach kompleksu – część rzeczy podobnie jak na pierwszym piętrze również była uszkodzona, a niektóre wymagały przeczytania długich instrukcji, aby móc z nich w ogóle skorzystać. Szkoda, bo oczekiwania mieliśmy dużo większe…

Czy warto odwiedzić Ciudad de las Artes y las Ciencias?

Mimo sporego rozczarowania, które co rusz spotykało nas w tym miejscu, myślę że jest to atrakcja, którą warto odwiedzić, będąc w Walencji. Zapierająca dech w piersiach architektura i futurystyczne bryły tworzą scenerię rodem z filmów science-fiction. Nie bez powodu zresztą sami mieszkańcy nazywają ten obiekt mianem dzielnicy przyszłości.

Być może gdybyśmy odpuścili kino, promocyjny filmik na temat oceanarium czy Teatr elektryczności, udałoby nam się zobaczyć więcej w samym Muzeum Nauki. Myślę jednak, że warto oglądnąć wszystko, bo tylko w ten sposób można wyrobić sobie własne zdanie na temat całości. Większość recenzji, które znajdziecie w Internecie wychwala w niebiosa Ciudad de las Artes y las Ciencias. Mam nadzieję, że dzięki obiektywizmowi, który starałam zachować się w tym artykule, nie przesadzicie ze swoimi oczekiwaniami i nie będziecie musieli czuć zbyt dużego zawodu, że jednak nie wszystko jest tak idealne, jak mówią inni.

Małgorzata Stankiewicz

Małgorzata Stankiewicz

Zakochana w sporcie i podróżach. Właścicielka mopsa - Mopsiaka, który jest jej najlepszym towarzyszem w chwilach lenistwa, jeśli już uda jej się takie znaleźć. Biega maratony, marzy o triathlonie i zmierzeniu się z dystansem Ironman oczywiście w Hiszpanii.
Małgorzata Stankiewicz
PODZIEL SIĘ

1 Komentarz - "Prawdziwe oblicze Ciudad de las Artes y las Ciencias"

avatar
Consejo

1 dzień na Oceanarium.
1 dzień na resztę.
Bo inaczej faktycznie ciężko zobaczyć wszystko.

wpDiscuz