Strona głównaKultura HiszpaniiLiteraturaKsiążka "Ludzie z Placu Słońca"

Książka „Ludzie z Placu Słońca” [recenzja i wywiad z autorką]

Reportaż znamy głównie z telewizji. A szkoda, bo jego literacka forma ma do zaoferowania dużo, dużo więcej.

„Ludzie z Placu Słońca” to najnowsza książka Aleksandry Lipczak, która jest doskonałym dowodem na to, że dobre dziennikarstwo i literatura tworzą związek niemal idealny. Powodów jest kilka. Prawdziwe historie, prawdziwi ludzie i jeszcze prawdziwsze problemy, z którymi się borykają… To wszystko sprawia, że już po przeczytaniu kilku pierwszych stron można odnieść wrażenie, że wcale nie chodzi o kraj oddalony od Polski o jakieś 2000 km, ale o naszych sąsiadów, którzy są blisko – bardzo blisko nas samych.

Jest późne lato…

„Jest późne lato. Kobieta w sari prowadzi chłopca z różowym tornistrem na plecach. Drogę przecina im napakowany facet z buldogiem francuskim na smyczy. W barze czyta gazetę siwy mężczyzna, który obok stolika postawił wypakowaną zakupami torbę na kółkach. Zostawiam ich i zagłębiam się w wąski uliczki Ravalu, dzielnicy w centrum Barcelony. Mijam wytatuowane dziewczyny i ciemnoskórych mężczyzn w plastikowych klapkach. Przechodzę koło restauracji z głową byka na ścianie i pakistańskiego sklepu z komórkami. Idę i doświadczam uczucia bez nazwy.”

Tak zaczynają się „Ludzie z Placu Słońca”. Początkowo mogę się jedynie domyślać, o jakim uczuciu bez nazwy pisze autorka. Jej kilkuletnią podróż po Półwyspie Iberyjskim, ja przemierzę w ciągu kilku dni, co wieczór wyłączając komórkę, parząc rytualnie zieloną herbatę i odłączając się całkowicie od reszty świata.

Książka składa się z piętnastu rozdziałów, choć słowo rozdział w tym przypadku wydaje mi się wyjątkowo nietrafione. Wolę mówić o historiach – o piętnastu historiach, z których każda nie jest z pozostałymi bezpośrednio związana. Stopniowo układają się jednak w całość, dając coraz bardziej wyraźny obraz Hiszpanii przed i w trakcie kryzysu, w jakim do dziś wciąż się znajduje. I wbrew pozorom, wcale nie chodzi tylko o ekonomię…

W książce Aleksandry Lipczak słowo kryzys w odniesieniu do Hiszpanii nabiera dużo szerszego znaczenia. Czasem dotyczy kryzysu wartości, czasem tzw. mikrokryzysu, czyli tragedii pojedynczych ludzi lub określonych grup społecznych. Te ostatnie dominują prawie w całej książce. Reporterka rzadko posługuje się statystykami, dużo częściej – historiami z pierwszej ręki, opowiadanymi przez osoby, które spotyka na swojej drodze. Wśród nich są zarówno postacie ze świata polityki i sztuki, ale równie często także ci, którzy wcale nie uczestniczą aktywnie w życiu publicznym Hiszpanii. Ich historie poruszają najbardziej.

Franco, Almodóvar i całkiem zwyczajna wieś

Gdyby ktoś zapytał mnie, o czym są „Ludzie z Placu Słońca” to jedno jest pewne – nie potrafiłabym odpowiedzieć na to pytanie jednym zdaniem. To że chodzi głównie o Hiszpanię, to oczywiste. Mniej oczywiste jest to autorce udało się, tak szeroko podejść do tego tematu, że każdą z opowiedzianych historii (lub jak ktoś woli rozdziałów) można by rozwinąć i napisać o niej osobną książkę.

Jest o wojnie domowej i o Franco. Ale inaczej. Mówią o nich nie historycy, a zwykli ludzie – ludzie z Placu Słońca. Mówią o nich nie encyklopedyczne definicje, a nagłówki z gazet. Mówią o nich nie statystyki, a relacje osób, dla których historie sprzed ponad pół wieku nadal nie są zamknięte. Część z nich przekopuje łąki w poszukiwaniu szczątek bliskich, którzy zginęli w czasie dyktatury. Jedni modlą się za Franco – inni jego rzeźbę obrzucają jajkami. Królewska Akademia Historii najpierw opisuje go jako odważnego generała, a po kilku latach zmienia wpis, który ostatecznie nazywa go dyktatorem.

Książka Ludzie z Placu Słońca - Recenzja i wywiad z Aleksandrą Lipczak // Hispanico.pl
Książka „Ludzie z Placu Słońca”

Jest o Almodóvarze. O tym jak zwykły pracownik firmy telekomunikacyjnej przez kilka lat kręcił swoją pierwszą komedię, by już kilkanaście lat później bez filmowego wykształcenia stać się jednym z najbardziej rozpoznawalnych reżyserów w Hiszpanii. Jest o całym ruchu La Movida Madrileña, który po upadku reżimu poprowadził Madryt (a później i wiele innych miast) w stronę nieskrępowanej niczym wolności. Historia movidy opisana przez Aleksandrę Lipczak pozwala jeszcze lepiej zrozumieć klimat Madrytu lat 70’ i 80’ a także wszystkie mniej i bardziej pozytywne konsekwencje, jakie były z tym związane.

Jest też o wsi, w której burmistrz zakładał się z księdzem o to, który z nich udzieli większej ilości ślubów. A powód był nie byle jaki. Campillo de Ranas zasłynęła w Hiszpanii swoją otwartością do małżeństw jednopłciowych. W czasach największej transformacji Hiszpanii, gdy zalegalizowano śluby homoseksualne, a część prawicowych władz wciąż była temu przeciwna, Francisco Maroto – burmistrz Campillo jasno zadeklarował w mediach: „Ja udzielam ślubów wszystkim. Przyjeżdżajcie!”

Z drugiej strony jest też o problemach aktualnych nie tylko dla samej Hiszpanii, ale i dla całej Europy. Przykładem jest ostatnia z historii opowiedzianych w książce. Melilla – hiszpańskie miasto w Afryce to miejsce, które mogłoby się kojarzyć z rajem. Mogłoby, gdyby nie to, że znajdująca się tam śmiercionośna siatka graniczna zabiera życie wielu imigrantom, dla których Melilla to pierwszy przystanek przed dalszą ucieczką w głąb Europy.

„Ludzie z Placu Słońca” – książka o różnych obliczach Hiszpanii

Nie jest to przewodnik po Hiszpanii. Nie jest to książka historyczna. Nie wyczerpuje też całkowicie każdego tematu, a co więcej – aby zrozumieć niektóre z nich, przyda się też ogólna wiedza o Hiszpanii. „Ludzie z Placu Słońca” to jedna z tych pozycji, która na wiele tematów, pozwala spojrzeć z całkiem innej perspektywy. Z bliska, z bardzo bliska… czasem poruszając, czasem bawiąc, a czasem budząc zastanowienie i inspirując do jeszcze większego zagłębienia się w temat.

Trudno jest napisać książkę w sposób obiektywny. Myślę że autorce się to udało i jest to chyba jeden z największych plusów „Ludzi z Placu Słońca”. Hiszpania Aleksandry Lipczak nie jest ani przesłodzona, ani zbyt gorzka. Pozostawia po sobie uczucie bez nazwy – być może właśnie takie, jakie ona sama czuła, przechadzając się na pierwszych kartkach książki po ciasnych ulicach Barcelony.

Książka „Ludzie z Placu Słońca” – zobacz, gdzie kupić >


Wywiad z Aleksandrą Lipczak dla Hispanico.pl

Książka Ludzie z Placu Słońca - Recenzja i wywiad z Aleksandrą Lipczak // Hispanico.pl
Aleksandra Lipczak, autorka książki „Ludzie z Placu Słońca”

Specjalnie dla czytelników Hispanico.pl Aleksandra Lipczak odpowiedziała na kilka pytań, które przybliżają okoliczności powstania książki „Ludzie z Placu Słońca”.

Jessica Alvaro: Jest sporo książek o Hiszpanii, ale Twoja jest inna. Skąd pomysł na napisanie jej w formie reportażu? Czy od początku wiedziałaś, jakie tematy chcesz w niej poruszyć, czy może pojawiały się one stopniowo wraz z powstawaniem kolejnych rozdziałów?

Aleksandra Lipczak: Hiszpania jest rzeczywiście dobrze opisana – od strony krajoznawczo-folklorystycznej. Fiesty, obyczaje, natura, kuchnia, takie ogólne „olé”. Jako reporterka, która spędziła w Hiszpanii parę lat, miałam zupełnie inny pomysł na książkę o Hiszpanii. To, że Hiszpania jest wspaniała i piękna, widać gołym okiem. Mnie ciekawiło to, co znajduje się pod tą piękną podszewką. Chciałam skomplikować obraz tej niby znanej Hiszpanii, pokazać że legendarne hiszpańskie słońce rzuca też cień.

Jest to też książka o konkretnym momencie, w którym znalazła się Hiszpania: o kryzysie, który, przybierając różne formy, trwa tam od prawie dekady. Opowieść o tym, jak wywróciły się do góry nogami różne sprawy i przekonania i co z tego wynika – nie tylko dla Hiszpanii, ale dla Polski i całej Europy. Albo raczej: co wyniknąć powinno.

Zanim zaczęłam pisać „Ludzi z Placu Słońca” mieszkałam i pracowałam jako dziennikarka w Hiszpanii przez sześć lat. Przez wszystkie te lata gdzieś z tyłu głowy zostawały mi tematy, postacie, które nie były „newsem” i których nie chciał żaden redaktor ani redaktorka do bieżącej prasy, ale do których chciałam kiedyś wrócić. Tak właśnie powstał konspekt „Ludzi z Placu Słońca”.

J.A.: W rozdziale „Za płytko” opowiadasz historie osób przekopujących ziemię w różnych rejonach kraju, aby odnaleźć szczątki swoich bliskich, którzy zginęli w czasach dyktatury. Również w innych częściach książki rozmawiasz ze „zwykłymi” mieszkańcami miast i wsi, którzy nie są aktywnymi uczestnikami życia publicznego Hiszpanii. Jak udało Ci się ich wszystkich odnaleźć i namówić do opowiedzenia swojej historii? Czy było to trudne, czy raczej ludzie chętnie się przed Tobą otwierali?

A.L.: Korespondent brytyjskiego „The Guardian” powiedział kiedyś, że Hiszpania to fantastyczny kraj dla dziennikarzy i reporterów, bo wszyscy mają tam coś do powiedzenia i każdy chętnie się tym dzieli. To prawda. Co i rusz zaskakiwała mnie ta hiszpańska otwartość na rozmowę. Nie jestem jakoś szczególnie nieśmiałą osobą, ale jest jedna sytuacja, która mnie onieśmiela totalnie: zaczepianie ludzi w publicznych miejscach, na przykład zagadywanie w barze.

Pisząc tę książkę często musiałam to robić, bo bary są w Hiszpanii centrum życia towarzyskiego i wymiany informacji. Ale zawsze było tak samo: spanikowana zagaduję człowieka, zakładając, że zaraz mnie spławi, a okazuje się, że ten nie tylko ma ochotę ze mną rozmawiać, ale jeszcze opowiada mi całe swoje życie.

Spore znaczenie ma na pewno to, że jestem cudzoziemką, że mówię z dziwnym akcentem, że jak na hiszpańskie standardy wyglądam trochę egzotycznie. Mam wrażenie, że wielu ludzi, zwłaszcza starszych, miało wobec mnie odruchy opiekuńcze. Na zasadzie: „przyjechała z tak daleka, solita, samiutka, trzeba jej pomóc”.

J.A.: Opisujesz wiele bolesnych problemów, z jakimi boryka się współczesna Hiszpania. Który z nich był dla Ciebie najtrudniejszy do opisania i dlaczego?

A.L.: Było kilka tematów, które mnie przeorały emocjonalnie. Na przykład ten o ludziach, którzy stracili dach nad głową z powodu kryzysu. Poruszyło mnie też bardzo towarzyszenie rodzinom w szukaniu szczątków dziadków i ojców, rozstrzelanych w czasie wojny domowej.

Najbardziej wytrącona z równowagi wróciłam chyba jednak z Melilli, hiszpańskiej enklawy w Maroku. To jedyna granica lądowa między Unią Europejską i Afryką. Wznosi się tam jeden z najbardziej emblematycznych murów naszych czasów: sześciometrowa siatka, wyposażona w czujniki ruchu, alarmy, kamery, zwieńczona drutem żyletkowym. Na ulicach miasta żyją bezdomne dzieciaki z Maroka, które marzą o tym, żeby ukryć się na pokładzie jakiegoś statku i dostać do Europy. To bardzo niebezpieczne i parę z nich straciło przy okazji życie.

Nie ma chyba lepszego miejsca niż Melilla, żeby zrozumieć, co to znaczy „twierdza Europa”.

J.A.: Choć poruszasz poważne problemy, to sama książka jest napisana lekkim, przystępnym językiem. Nie brakuje w niej też zabawnych anegdot, jak chociażby te z rozdziału „Zwyczajna wieś”, gdy wspominasz o miasteczku Campillo de Ranas, do którego swego czasu tłumnie zjeżdżały się pary jednopłciowe z całej Hiszpanii. Która część książki była dla Ciebie najprzyjemniejsza w realizacji?

A.L.: Wizyta w Campillo była rzeczywiście super, to dość niesamowite miejsce. Wioseczka na odludziu, przepięknie położona, która stała się stolicą ślubów dla osób tej samej płci i gdzie burmistrz zakładał się z księdzem, który z nich połączy więcej par.

Ale najlepiej bawiłam się chyba zbierając materiały do tekstu o Pedro Almodovarze i epoce obyczajowego wyzwolenia, która miała miejsce w Hiszpanii w latach 80. Pojechałam do miasteczka, w którym urodził się Almodóvar. To niewielka mieścina w Kastylii La Manczy, nazywa się Calzada de Calatrava. Jest taka tradycja, że premiera każdego nowego filmu Almodovara odbywa się równocześnie w Madrycie i tamtejszym kinie. Tam też jest czerwony dywan, a gośćmi honorowymi są ciotki i kuzyni Almodovara, których w tamtej okolicy mieszka całkiem sporo. Traf chciał, że kiedy tam byłam na ekrany wchodziła właśnie „Julieta”.

Mogę zdradzić tajemnicę, że byłam jedną z pierwszych osób w Hiszpanii, które widziały „Julietę”. Przewodniczący stowarzyszenia miłośników kina z Calzady, fantastyczny człowiek, który prowadzi też tamtejsze kino, chciał przetestować przed premierą nowy, cyfrowy projektor i dzień wcześniej zorganizował tajny nocy pokaz filmu dla paru osób. To była magia! Oglądać nowego Almodovara w jego miasteczku, na dodatek w środku nocy. Szkoda tylko, że „Julieta” była taka kiepska.

J.A.: Wróćmy jeszcze do wyglądu Twojej książki. Jej okładka zdaje się świetnie korespondować z treścią. Pomysł na nią wyszedł od Ciebie?

A.L.: Mariusz Szczygieł powiedział, że “Ludzie z Placu Słońca” to książka o Hiszpanii rozpiętej między krzyżem i rozwiązłością. Coś w tym jest i ta okładka chyba o tym dużo mówi. To rzeczywiście był mój pomysł. Zobaczyłam to zdjęcie rok temu na stronie dziennika „El País” i od razu wiedziałam: to jest to. Zachwyciło mnie to, że chociaż starsza pani patrzy na osobę przebraną za jednorożca z pewnym zdziwieniem, nie ma w tym spojrzeniu wrogości. Tak właśnie widzę Hiszpanię: ze stoickim spokojem łączącą to, co nowe ze starym.

J.A.: To fakt. W Twojej książce Hiszpania ma wiele twarzy. Czasem budzi zachwyt, a czasem dużą niechęć. Jaki jest Twój osobisty stosunek do tego kraju?

A.L.: Niechęć, naprawdę? To ciekawe, bo wszystko, co napisałam, powstało z głębokiego uczucia do tego kraju. Chociaż nie jest to oczywiście tylko zachwyt. Kiedyś przyszło mi do głowy, że moja relacja z Hiszpanią przypomina małżeństwo z dłuższym stażem. To już nie jest tylko zauroczenie, zakochanie, haj – coś, co przeżywałam na początku, kiedy pierwszy raz pojechałam na dłużej do Barcelony. Teraz widzę też sporo cienia, zwłaszcza przez rozmaite nierozwiązane sprawy z przeszłości. Ale to wszystko sprawia, że Hiszpania – pozornie taka bezproblemowa, nie traktowana często zbyt poważnie – wydaje mi się jeszcze bardziej fascynująca.

J.A.: Przez sześć lat mieszkałaś w Barcelonie. Myślisz, że Katalonii uda się kiedyś zdobyć niepodległość i całkowitą niezależność od reszty Hiszpanii?

A.L.: Tego nie wie nikt. W tym roku ma się odbyć w Katalonii kolejne referendum w tej sprawie, tym razem ponoć wiążące. Jeśli do niego dojdzie, będzie jednak zorganizowane bez zgody Madrytu, więc nie wiem, czy wyniknie z niego coś nowego poza zaostrzeniem konfliktu. Na razie najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest klincz.

Prędzej czy później rządzący Hiszpanią bedą jednak musieli wsłuchać się w żądania Katalończyków, bo problem sam z siebie nie zniknie. Domaga się politycznego rozwiązania, negocjacji.

J.A.: Po przeczytaniu „Ludzi z placu słońca” czuję mały niedosyt. Myślisz o wydaniu kolejnych książek o Hiszpanii czy raczej nie bierzesz tego w ogóle pod uwagę?

A.L.: Na razie mam wrażenie, że napisałam wszystko, co akurat teraz mam do powiedzenia na temat Hiszpanii, o jej wzlocie i upadku i tym dziwnym, kryzysowym/pokryzysowym momencie, w którym się znajduje.

Przez długi czas, a szczególnie pisząc „Ludzi…” miałam prawdziwą obsesję na punkcie Hiszpanii. Oglądałam tylko hiszpańskie filmy, czytałam wszystko, co wpadło mi w ręce, tropiłam nowe historie i tematy. Wycisnęłam Hiszpanię jak cytrynę i teraz muszę od niej trochę odpocząć – oczywiście tylko jako reporterka. Bo tak prywatnie, to nie byłam tam już od jakiegoś czasu i zaczynam czuć z tego powodu niepokój.

J.A.: Bardzo dziękuję za poświęcony czas i życzę wielu dalszych sukcesów literackich i nie tylko.

A.L.: Dziękuję również.

Jessica Alvaro
Jessica Alvaro
Podróże były mi bliskie od zawsze. Pasja. Hobby. Można to różnie nazywać. Dla mnie to powietrze, bez którego nie mogę oddychać. Słońce, bez którego zapominam, co to uśmiech. I życie. Najlepsze z możliwych!

ZOBACZ RÓWNIEŻ

POLECANE ARTYKUŁY